“Który skrzywdziłeś człowieka prostego śmiechem nad krzywdą jego wybuchając.
Nie bądź bezpieczny, poeta pamięta. Możesz go
zabić --- narodzi się nowy. Spisane będą czyny i
rozmowy.”
Czesław Miłosz
MOJA
ALMA MATER,
SZKOŁA PODSTAWOWA
---WYTOWNO
![]() |

W roku 1947 na zmianę P. Kolasińscy objęli Szkołę Podstawową w Wytownie. Obydwoje państwo Kolasińscy z ogromnym poświęceniem oddawali się pracy szkolnej i poza szkolnej. Pani Aleksandra Kolasińska posiadała przeszkolenie pielęgniarskie i przez wiele lata udzielała chętnie i bezinteresownie pierwszej pomocy medycznej mieszkańcom Wytowna i pobliskich okolic. Zdarzało się, że śnieg zawiał drogi i karetka Pogotowia Ratunkowego z pobliskiego Słupska nie była w stanie dojechać, a we wsi panowała epidemia świnki i chore dzieci potrzebowały pomocy. Często była budzona w nocy by ratowała czyjeś życie. I ratowała - rodzące się bliźniaki, dziewczynkę porażona piorunem, osoby pogryzione przez wściekłe zwierzęta podając im surowice.
Fragment z Pamiętnika Pani Aleksandry
|
Wieśniacy. Kocham
wieśniaków, bo to naród pracowity i wytrwały. Kocham ich bo są to
Polacy. Kocham ich prostotę i pracowitość, pragnę być ich opiekunka.
Te kochane twarze spalone od słońca o sczerniałych wargach i zgrubiałych
rękach, świadczą o ciężkiej pracy. O jakże powinnam ich kochać, oni
pracują nad ta przyroda, którą zachwycamy się. Te złote kłosy
wyrastają spod pracy ich rak. O jakże ciemni są ci co gardzą ręką
wieśniaka. Ona godna jest uścisku! – |
Trudno powiedzieć dziś
(1999-10-05) kim są ci ludzie na tym zdjęciu
Pan
Kolasiński poza wykształceniem pedagogicznym posiadał umiejętności
gry na instrumentach muzycznych. Będąc głęboko wierzącym katolikiem
zorganizował wiejski chór kościelny. Chór ten zaśpiewał m.in. na Mszy Świętej
Rezurekcyjnej i okazał się na tyle dobry, ze mógłby konkurować z chórami
zawodowymi. Pan Paweł Kolasiński naprawił również własnymi siłami zegar
na wieży kościelnej w Wytownie. Kolejni proboszcze tej parafii
byli mu za to wdzięczni. Jeden z nich wyjeżdżając z Wytowna
powiedział, ze musiał co niedzielę
pisać na niego raporty "Przyszli z bronią i zagrozili - ale nic złego na
Pana nie pisałem". Często wieczorami bardzo ujadał pies. Pan Paweł zaczął
podejrzewać, ze ktoś obcy musi być ukryty w pobliskich krzakach. Pewnego razu
otworzył okno i chociaż nikogo nie było widać blefując powiedział: jeżeli
ktoś ma do mnie jakąś sprawę to proszę wejść do domu. I wszedł Pan X mówiąc,
że
kazano mu podsłuchiwać czy przypadkiem pan kierownik nie słucha Radia Wolna
Europa. W tedy również dowiedział się, że
za tego rodzaju usługi Ubecja płaciła podsłuchującym ćwiartką wódki.
Mimo bardzo trudnych warunków bytowych, niejednokrotnie brakowało środków na
żywność dla własnej rodziny Pan Kolasiński społecznie (bez żadnego
wynagrodzenia) organizował w czasie wolnym od zajęć obowiązkowych dodatkowe
lekcje matematyki dla uczniów kończących szkołę
podstawowa aby umożliwić dzieciom wiejskim równiejszy start, gdy zechcą pójść
do szkół
średnich.
Pan Paweł znał
Pan Paweł Kolasiński z
synami przy szkolnej werandzie
Pewnego dnia Pan Paweł zachorował.
Lekarze stwierdzili otwartą
Pani Aleksandra wraz z dziećmi przed obrazem Matki Boskiej Częstochowskiej we łzach prosiła : „MATUCHNO BOŻA MÓDL SIĘ O ZDROWIE OJCA TYCH DZIECI”
Była
wiosna . W ogrodzie koło altanki krzewy już się
rozwinęły i zaczęły wypuszczać żółte kwiaty. Od kilku dni kwitły
już niezapomniane przebiśniegi. Dzieci wybiegły z domu by powitać
klucz dzikich łabędzi lecących właśnie nad domem. Ptaki wracające na
wiosnę do Polski z ciepłych krajów pokrzykiwały, wydając jednocześnie dźwięk
skrzydeł uderzających o powietrze. Pani Aleksandra, i dzieci przez
moment podziwiali te królewskie ptaki. Nagle pies Canis, ( którego
później otruto - poprzednika Canis też
najprawdopodobniej
otruto na polecenie ubecji, aby ci co przychodzili podsłuchiwać czy Pan
Kierownik słucha Radia Wolna Europa mogli podejść blisko domu ) wybiegł
z ogródka w kierunku kościoła, a tam dróżką
W
dniu imienin Pana Pawła o północy cała rodzina Państwa Kolasińskich
została nagle obudzona. To dzieci szkolne przyszły z życzeniami i przyniosły
tyle kwiatów, że w całym domu zabrakło wazonów.
Po
powrocie Pan Paweł Kolasiński musiał rozpocząć prace od
"ustawienia" kilku nauczycieli, którzy w czasie jego nieobecności
pozwolili sobie na podejmowanie niezbyt lojalnych decyzji. Na przykład:
nauczyciel Jan, który zastępował Pana Pawła, był przekonany, ze Pan
Kolasinski już nie wróci, więc
zabronił dzieciom Pana Pawła korzystać z terenu szkolnego.
Trudno
sobie wyobrazić warunki w jakich żyli Państwo Kolasińscy i ich dzieci. Często
zdarzały się
wyłączenia dostawy energii elektrycznej. Najbliższy telefon był w odległości
dziewięciu kilometrów. W pewną
Pewnego
dnia ktoś przybiegł do pana Pawła, „Panie kierowniku biją
Wieczorem , po Mszy Świętej, w wigilię nowego roku (przypuszczalnie 1956) pan Paweł z żona i dziećmi krzątali się w wokół budynku szkolnego. Było już ciemno, gdy nagle rozbłysło niebieskie światło. Było tak silne, że aż się odbijało w śniegu dookoła zaśnieżonych klombów szkolnych. Po chwili niesamowita eksplozja wstrząsnęła całą okolicą. Kilka godzin później przyszli chłopi. „Panie kierowniku niech pan wyjdzie. Na niebie dzieje się coś dziwnego”. W oddali przez kilka godzin na czarnym niebie widać było słup jonizującego światła. Czy był to meteoryt, czy jakaś rakieta nie wiadomo. Nigdzie nikt o tym nie wspominał , ani w prasie ani w środkach masowego przekazu.
Wielki
Piątek był śnieżny. Tradycyjnie członkowie Ochotniczej Straży
Pożarnej w Wytownie trzymali wartę
honorową
przy grobie Chrystusa. Jak zwykle komendant Straży, zwracał się z
prośba do kierownika szkoły o udostępnienie jednej z klas szkolnych, by
Straż mogła się tam zebrać. Trzeba przyznać, ze obowiązki wykonywali z
oddaniem i przekonaniem. Pan Paweł wraz z rodziną
Pan
Kolasiński, w tym czasie został radnym dla powiatu słupskskiego (była to
dodatkowa praca społeczna bez żadnego wynagrodzenia). Dużo osiągnął. Oświetlenie
uliczne wsi, elektryfikacja przysiółków, linie autobusowe.
I nadal był bezpartyjnym kierownikiem szkoły, który w wolnym czasie
organizował chór kościelny i brał
Nie zdołał jednak odbudować kolei zdewastowanej przez Sowietów.

Pierwsza
Komunia Syna Janusza
Goście od lewej nauczyciel Kazimierz Dziurski, od
tylu Aleksandra Kolasińska, dr Minkowska, prof. Kordowska,
(osoba znana jako „Estonka” (Virvet), Pan Paweł Kolasiński, w
środkowym rzędzie: Halina Cichońska
(później Dziurska), Janusz Kolasiński, Jerzy Kolasiński, Aleksandra
Kolasińska, Maryla Kolasińska, Teresa Kolasińska
Dużą
a później Kazimierza Dziurskiego.
Nastały lata 60-te i po tych wszystkich odwilżach „gomułkowskich” na nowo zaczęto „przykręcać
śrubę ”. Znów Okólnikiem Ministerstwa Oświaty usunięto ze szkoły religię. Wtedy to po raz pierwszy zdjęto
wszystkie krzyże znajdujące się w klasach i pomieszczeniach biurowych.
Do Wytowna zawitał nowy proboszcz ks. Edmund Radtke
-- on tylko wykonywał rozkazy swoich przełożonych. ( Ze źródeł nie potwierdzonych wiadomo, że był on ubekiem w randze kapitana)
Przez
wiele lat kacykowie słupskiego Komitetu PZPR, zastanawiali się, co
zrobić by usunąć Pana Pawła z pracy w szkole. Mieli już przeciw niemu wiele
argumentów. Przecież był powstańcem warszawskim, chodził jawnie
do kościoła i grał na organach w czasie sumy w niedziele.
Był również organizatorem chóru kościelnego. Ponieważ był osobą
Mieli
już agenta na plebani. Dołączyła do niego agentka aż z Łodzi, niejaka
pani Rzepecka. Awansowano więc lojalnego pracownika Kazimierza Dziurskiego do jakiejś pracy w Warszawie, a w tym czasie pan Paweł zmuszony
był zatrudnić nową
Wytowieńskie
Pogotowie Szkolne.
Naprzeciw
Szkoły znajdował się sklep spożywczy, w którym sprzedawano przez lata
wódkę, piwo i tanie wino. Sklep stanowił subkulturę wytowieńską. Często
od godziny otwarcia sklepu do jedenastej przed południem
dzieci szkolne mogły obserwować dobrze pijanych mieszkańców Wytowna.
Niejeden z nich zamarzł by na śniegu gdyby nie wózeczek
szkolny, na który kładziono delikwenta i zawożono go do
domu.
Kacyk-Alfons
Towarzysz pierwszy sekretarz ZSL, „ kulawym " nazywany -
od kiedy miał
wypadek samochodowy. Była to ważna figura w słupskiej
" drabinie lojalności dla Moskwy". A zdobywał
sobie popularność na wsi, wyszukując sobie najładniejsze
dziewczyny wiejskie. Załatwiał im szkołę,
liceum pedagogiczne, lub tez szkołę
handlową
Właśnie
takimi dziewczynami były Hildegarda oraz jej siostra Marysia. Kiedyś
synowie pana Pawła wracali do domu pieszo po późnych zajęciach w liceum w
Ustce. Zabrali ich do Wytowna jadący ciężarówką
Kacyk
- Alfons - PZPR, ZSL, i UBECJA słupska poczynili już odpowiednie
przygotowania. Agenci byli na wyznaczonych pozycjach i czekali na rozpoczęcie
zadania bojowego. Hildegarda była już
przygotowana na objecie kierownictwa szkoły, no i zabrania domu państwu
Kolasińskim. Było to w tym czasie , gdy pan Paweł budował
studnie głębinową
Sprytnie i inteligentnie zespól ten wymyślił, żeby obrócić miejscowe
chłopstwo przeciwko panu Pawłowi. Postanowili, że
odbiorą księdzu plebanię
( w której i tak już mieszkał ich agent Radtke) i zamienią
Codziennie
rano do mleczarni miejscowi chłopi zwozili mleko. Mleczarnia była
w jednym z budynków gospodarczych plebani. Agentka Rzepecka, która
w tym przedstawieniu grała rolę
gospodyni
księdza indoktrynowała chłopstwo i to właśnie ona
dotarła do tych najbardziej oddanych, Kościołowi i wierze katolickiej.
Zaczęły się szykany. Sąsiad, którego z jakichś powodów
nazywano "Goryl", potrafił siedzieć całą
noc w krzakach i straszyć psy, by rodzina Kolasińskich nie mogła zmrużyć
oka. Nie szczędzono panu Pawłowi obelg nawet w miejscach publicznych.
Synów pana Pawła, którzy pieszo wracali ze szkoły w Ustce, późnym
wieczorem ( dziewięć kilometrów) milicja władowała do gazika, i pod
pretekstem nie posiadania dowodów osobistych wsadzono do aresztu.
Zdesperowana
Pani Aleksandra skontaktowała się z księdzem (agentem) Radtke.
Prosiła aby przemówił do ludzi. Przecież on doskonale wie, że
to nie była decyzja lub nawet sugestia pana Pawła. Decyzja taka
podjęta została przez władze powiatowe. " Na to Radtke
odpowiedział, ze on nic takiego nie może zrobić". Niech mąż
napisze oświadczenie, to je odczytam w niedziele z ambony. Oświadczenie
było odczytane, a brzmiało ono ogólnikowo:
„ Do mieszkańców wsi Wytowno. Decyzja o zamianie budynku szkoły na
budynek plebani nie była decyzją
Chłopcy (synowie), uczniowie liceum odrabiali właśnie lekcje w jadalni.
Pan Paweł parzył na drzewko (dąbek), który się
zasiał w żywopłocie i akurat wyrósł, gdy urodził się jego najstarszy syn.
Chłopcy pozakładali na nim domki dla ptaków. Na wiosnę
kilka z nich tam się gnieździło. Rozmyślania przerwał mu
odgłos silnika samochodowego. Pod tym właśnie dębem zaparkowało
niebieskie auto i wysiadło z niego czterech ludzi. Jednym z nich był
- kulawy Kacyk-Alfons, a inni (podejrzewam) pierwszy
sekretarz KP PZPR i inspektor oświaty. Czwartym
musiał być ubek. Wyrzucili chłopców z jadalni i
zatrzasnęli drzwi. Przez zamknięte drzwi słychać było krzyk Władysława
Stępnia ( tego wielkiego „przyjaciela chłopów"), " HOŁOCIE
WIEJSKIEJ SIĘ PAN MUSI TŁUMACZYĆ!"
Chodziło o list odczytany z ambony. Krzyki i groźby trwały około
godziny. Pan Paweł Kolasinski został pozbawiony wszelkich tytułów, społecznych
i zawodowych oraz zwolniony z pracy. Następnego dnia
szkołę
miał
przekazać towarzyszowi, Żabińskiemu, partyjnemu
nauczycielowi z Ustki. Nakazali mu tez zdjąć we własnym
domu wszelkie insygnia wiary katolickiej. Zagrozili czymś jeszcze i
kazali coś podpisywać. "bo jak nie to my znamy inne metody" -
krzyczał Stępień.
![]()
Mijały
dni. Państwo Kolasińscy próbowali uzyskać jakąś pomoc od
kogokolwiek. Przyjaciele się odwrócili, a kościół nie zajął
żadnego stanowiska. Szykanowanie rodziny było eskalowane i podsycane
przez agentkę panią
Zaskakujące było jak oni docierali do wielu informacji, zanim coś
było
postanowione. W kuchni państwa Kolasińskich był głośnik.
Radio było transmitowane z Ustki. Czasami dziwnie się wyłączało
właśnie w czasie obiadu. Zastanowiło to syna pana Pawła. Zrobił zatem
doświadczenie. W swoim pokoju na górze podłączył kabelki do radia tam gdzie
zwykle gramofon się podłącza. No i zaskoczenie. W radiu było
wyraźnie słychać podśpiewującą
Od
tamtej pory rozmowy, modlitwy w domu pana Pawła odbywały się szeptem. Głośno
się mówiło to, co podsłuchiwacze winni wiedzieć. Mimo, że
zabroniono wszelkich praktyk wiary katolickiej, cała
rodzina zbierała się wieczorem na modlitwę w gabinecie pana Pawła. Tam
stał
ołtarzyk
z krzyżem i szeptem odmawiano różaniec. W tym okresie nie wolno było Panu
Pawłowi chodzić do kościoła. Słuchał mszy polskiej przez radio z
Paryża, gdzie kazania wygłaszał ks. Skurczynski, kolega Pana Pawła ze
studiów na Uniwersytecie Jagiellońskim.
Nie było wówczas człowieka, który nie bał by się pana Władzia,
zwanego "kulawym". Dawni "przyjaciele" nie zauważali
Pana Kolasińskiego na ulicy. Czasem tylko komentowali "Ten kulawy to
jest zły na pana". Dawny uczeń Zdzisio ( teraz pierwszy
sekretarz Podstawowej Organizacji Partyjnej w PGR) przypomniał Panu Pawłowi,
ze to pianino, które stało u państwa Kolasińskich od roku 1947,
(stare, zepsute - zabrane z jakiegoś rozwalonego w czasie działań
wojennych domu, które uczniowie ofiarowali Panu Pawłowi)
teraz musi być oddane szkole. Serce mu pękało, bo grał na nim od lat,
naprawiał, zapłacił za strojenie. Zabrano mu tę ostatnią
SĄD
CHŁOPSKI—
Gdzieś pod koniec roku szkolnego wezwano pana Kolasińskiego do
Komitetu
Partii w Słupsku gdzie mu oznajmiono, że
będzie poddany sądowi chłopskiemu wsi Wytowno. Oni
zadecydują:
Władysław
Stępień, uruchomił wszystkie swoje możliwości. Praktycznie co wieczór
był w Wytownie, to u Lisa, to u Ciszkowskiego, to u Falby, i
innych. Na uczenie i ustawianie wytowieńskiego chłopstwa poświęcił
wiele czasu. Każdy z nich sądząc, ze występuje w obronie
księdza pilnie się przygotowywał do powierzonej mu funkcji. Jeden z
nich miał przygotowana mowę. Powiedzieć miał, ze nie chcą
nauczyciela, który, studiował na Wydziale Filozoficzno - Teologicznym
(bo to przecież nie zgadzało się z ideologia PRL-u). Drugi miał
powiedzieć, że
nie może być kierownikiem szkoły człowiek , który był oficerem w Powstaniu
Warszawskim. A trzeci miał wyuczony argument, dlaczego Pan Paweł
nie może mieszkać w Wytownie. I tak całe przedstawienie sądowe było wyreżyserowane
przez „przyjaciela chłopów” Władysława Stępnia -
"Wielgachnego Słupskiego Kacyka".
Trudno
byłoby ominąć taki drobny epizod, który może
scharakteryzować wytowieńskiego chłopa.
Pewnego niedzielnego popołudnia w ogrodzie zwanym okólnikiem, od
frontu domu Państwa Kolasińskich zebrała się pokaźna grupa
mężczyzn, starych, młodych i chłopców. Wszyscy oni
natarczywie rzucali kamieniami w kierunku wysokiego
drzewa. Kanonada odbywała się pod wodzą
Co to takiego zmora? W wiejskich przesądach
Na nic zdały się tłumaczenia, że
to tylko mała, śliczna wiewiórka. Żądny krwi tłumek wytowieński
naprawdę widział zmorę.
DO MOJEJ ŻONY
SZCZĘŚCIE LUDZKIE NIETRWALE
JAK Z NICI PAJĘCZEJNA BURZ ŻYCIOWYCH WICHRY
WYSTAWIONE BYWA,
W KROPLACH MIENI SIĘ ROSY
I W SŁOŃCU SIĘ WDZIĘCZY
AŻ JE GROM NAGŁYM CIOSEM
W STRZĘPY POROZRYWA.
I MOJE SZCZĘŚCIE PIORUN ZBURZYŁ
I POKRUSZYŁ,
JAK Z SZYN WYKOLEJONA GDZIEŚ LOKOMOTYWA
STOJĘ SAMOTNY- ŻYCIE OBOK MNIE PRZEPŁYWA
TYŚ MI ZOSTAŁA TYLKO SZCZĘŚCIE MOJEJ DUSZY.
Paweł Kolasiński
Paweł
Kolasiński Oficer Wojska Polskiego, Powstaniec Warszawy, oddany pedagog i
humanista. Kiedyś po ukończeniu gimnazjum, rodzice wysłali go do Seminarium
Duchownego w Krakowie, lecz on pojechał do Przemyśla i tam skończył
Szkołę Podchorążych. Dopiero kilka lat przed wybuchem wojny studiował na
Uniwersytecie Jagiellońskim teologię
z filozofia. Był gorącym patriotą
Dzień
sądu
chłopskiego
został wyznaczony. Jego miejscem była klasa szkolna. Oskarżyciele
uczyli się na pamięć swoich ról. Pan Paweł wraz z całą
Modlili
się szeptem przy zgaszonym świetle. Mdlili się do Ducha Świętego i
gdy odmawiali cząstkę różańca ktoś zapukał do głównych drzwi wejściowych.
To przyjechał z Warszawy Kazimierz, nauczyciel, który z Panem Pawłem
pracował przez wiele lat i środowisko wytowieńskie
znał lepiej niż ktokolwiek. Sam brał udział niejednokrotnie w
"pogotowiu wózkowym" , o którym już było wspomniane poprzednio.
"Przyjechałem, żeby pana obronić"- powiedział. Miał na to
oficjalny dokument z Warszawy.
-
Po
latach daty i dni tygodnia zatarły się. Wieczorem
sala szkolna była pełna. Kobiety
jednak nie przyszły. Pan Paweł Kolasiński,
usiadł spokojnie na „lawie oskarżonych”.
|
A
za cóż cię sądzą? --za dobro jakie czyniłeś |
Stępień
nie był przygotowany na przyjazd Kazimierza i wiedział już
od momentu rozpoczęcia tego Sądu Chłopskiego, że
sprawa zostanie przez niego przegrana.
Nazajutrz
pan Paweł, przejął protokolarnie Szkołę
Podstawowa w Wytownie od towarzysza Żabińskiego, któremu tymczasowo
partia dała to
zastępstwo. Żabiński był wyjątkową
ZEMSTA
STĘPNIA
Złości
swojej towarzysz Kacyk nie umiał dać upustu. Szalał przez kilka tygodni, no i
postanowił ukarać Wytowno, zarówno wszystkich swoich „przyjaciół” jak
i tych co na „Są
Do Stwórcy Wszechrzeczy
Paweł F. KolasinskiGdy wyjdę czasem o wieczornej porze
I widzę fale złotych zbóż na lanie
To tak się dziwie iż być jeszcze może
Ktoś kto nie wierzy, ze Ty jesteś Panie.
Ten jasny błękit, który się rumieni,
Gdy nań wpłyną purpurowe zorze,
Te gwiazd miliony w wszechświata przestrzeni,
Któż to mógł stworzyć, jeśli nie Ty Boże?
Bo kto potrafił choćby trawkę małą
Stworzyć, by rosła na wzór dziel Twych skrycie?
Nikt! Wszystko Panie Twoja tylko chwała,
Tyś Pan natury Ty dałeś jej życie.
O bądź pochwalon Stwórco Wielki Boże
Kwileniem ptasząt gdy wiją gniazda,
Poszumem sosen, co się chwieją w borze
I mleczna droga pnącą się po gwiazdach.
O bądź pochwalon przez słońce na niebie,
W morzu co w bezkres u Twych stóp się ściele.
Niechaj grzmot burzy chwali Pana Ciebie
I ja Cię chwale czcząc Cię w każdym dziele.
Towarzysz
Żabiński, nie dawał panu Pawłowi spokoju, i przyjeżdżał co
drugi dzień na „ inspekcje”
„
No
co spotkaliśmy się, teraz to ja panu pokaże jak się rządzi”.
W
prymitywny sposób wypróbowany
już przez system stalinowski wyniszczał pana Kolasińskiego. Pewnego dnia
po wpiciu herbaty, która zawsze była przygotowana przez Panią
Aleksandrę i czekała na niego w kancelarii, aż skończy uczyć,
poczuł się źle. Widział, białe
„mroczki” jak to określił. Lekarze przez lata
nie mogli określić diagnozy a
może się bali by prawdziwa diagnoza nie zaszkodziła ich karierze. Leczony był
metodami doświadczalnymi i niezbyt etycznymi.
Przez
wiele lat leżał, często nieprzytomny. Leki, które mu podawano powodowały tylko dodatkowe
zaburzenia. Przez lata pani Aleksandra, opiekowała się ciężko
chorym wyniszczonym człowiekiem.
W
dniu swoich imienin w roku 1984 zakończył swoje doczesne życie.
Gdyby żył, jeszcze kilka lat doczekał by się Wolnej Niezależnej
Demokratycznej Polski, o której
marzył i o którą walczył.
Gdy
go odwiedziłem, powiedział: „chłopom
nieszczęsnym przebaczyłem. Oni
nie wiedzieli co czynią.”

Na wiejskim cmentarzu w Wytownie koło Ustki jest mogiła. Raz w roku odwiedzam grób człowieka, który był moim pierwszym pedagogiem. O to zapalił, we mnie płomień wiedzy.
Jako absolwent Szkoły
Podstawowej w Wytownie , prowadzonej,
przez Państwo Pawła i Aleksandrę Kolasińskich, na podstawie
przytoczonych informacji na tej stronie, proponuję
1. CAŁKOWITEJ POŚMIERTNEJ REHABILITACJI, PRZYWRÓCENIA DOBREGO IMIENIA PANU Pawłowi Kolasińskiemu [NA PRZYKŁAD : NAZWANIE JEGO IMIENIEM SZKOŁY W WYTOWNIE] Przez Władze Ministerstwa Oświaty.
2.
UKARANIA WINNYCH (Stępień, Waliszewska, Żabiński, Rzepecka, )
Przeprowadzenia śledztwa przez Prokuraturę Generalna Rzeczpospolitej Polskiej.
3.
WŁAŚCIWEGO USTOSUNKOWANIA SIĘ DO TEJ SPAWY ARCHIDIECEZJI (Kościoła
Rzymskokatolickiego) . Rehabilitacji ...
mgr
Tadeusz Widny
Latem ubiegłego
(1998) roku odwiedziłem obecnego
Proboszcza
parafii Wytowno, powiedział mi w
tajemnicy, że miejscowi skarżą
się, że tak w szkole jak i na plebani dzieją się dziwne rzeczy, trudne do
wytłumaczenia, ludzką
logiką...
TAD.
dr. Tadeusz Widny, RFN-- Düsseldorf
Prosiłem
o jakieś pamiątki syna P. Kolasińskiego,
który mieszka w USA, oto one:
0606200
01/30/01 13:54 -0800