Wytowno

 “Który skrzywdziłeś człowieka prostego  śmiechem nad krzywdą  jego wybuchając.   Nie bądź   bezpieczny, poeta pamięta.   Możesz go zabić --- narodzi się nowy.   Spisane będą czyny  i rozmowy.” 
Czesław Miłosz        

 


MOJA ALMA MATER,
SZKOŁA PODSTAWOWA ---WYTOWNO

W roku 1946,  powstaniec warszawski z Mokotowa, Podchorąży Paweł Kolasiński (pseudonim „ROM”) z Krakowianką –żoną Aleksandrą (Rybianką) Kolasińską przyjechali do Wytowna. Przyjazd ten był na życzenie Księdza Jana Zieji, który był pierwszym powojennym  proboszczem Parafii,          Ś w.   Franciszka z Asyżu a w czasie Powstania Warszawskiego był on kapelanem Batalionu Baszta. Ksiądz  Zieja zaraz po zakończeniu działań wojennych zorganizował na tym terenie grupę inteligencji polskiej, której celem było dokształcenie młodych Polaków, którzy w okresie okupacji nie zdołali osiągnąć żadnego wykształcenia. Dyrektorem Uniwersytetu Ludowego była pani dr Anna Minkowska. Młodzi państwo Kolasińscy byli natomiast wykładowcami.
1947 Pierwsza Komunia --Ks. Alexy i Kierownik Szkoly  P. Pawel Kolasinski

Wtowno  1997--PARISH CHURCH


Hit Counter
 W roku 1947, Państwo Kolasińscy zdołali odkupić dom pozostawiony przez nauczyciela niemieckiego Her Vetzke, gzie w ogródku jeszcze był kłąb w kształcie swastyki hitlerowskiej. Pod koniec marca 1947 roku państwo Kolasińscy wprowadzili się do domu a za kilka dni, o piątej rano dnia pierwszego kwietnia - ( na prima aprilis) przyszedł na świat ich pierwszy syn.
 

Pan Paweł Kolasiński z żoną Aleksandrą i synem Januszem lato 1947

W roku 1947 na zmianę P. Kolasińscy objęli Szkołę Podstawową w Wytownie.  Obydwoje  państwo Kolasińscy z ogromnym poświęceniem   oddawali się pracy szkolnej i poza szkolnej.  Pani Aleksandra Kolasińska posiadała przeszkolenie pielęgniarskie i przez wiele lata udzielała chętnie i bezinteresownie pierwszej pomocy medycznej mieszkańcom Wytowna i pobliskich okolic. Zdarzało się, że śnieg zawiał drogi i karetka Pogotowia Ratunkowego z pobliskiego Słupska nie była w stanie dojechać, a we wsi panowała epidemia świnki i chore dzieci potrzebowały pomocy. Często była budzona w nocy by ratowała czyjeś życie. I ratowała - rodzące się bliźniaki, dziewczynkę porażona piorunem, osoby pogryzione przez wściekłe zwierzęta podając im surowice.

Fragment z Pamiętnika Pani Aleksandry

Wieśniacy.

Kocham wieśniaków, bo to naród pracowity i wytrwały. Kocham ich bo są to Polacy. Kocham ich prostotę i pracowitość, pragnę być ich opiekunka. Te kochane twarze spalone od słońca o sczerniałych wargach i zgrubiałych rękach, świadczą o ciężkiej pracy. O jakże powinnam ich kochać, oni pracują nad ta przyroda, którą zachwycamy się. Te złote kłosy wyrastają spod pracy ich rak. O jakże ciemni są ci co gardzą ręką wieśniaka. Ona godna jest uścisku! – Dnia 22.VII.1930 r. Zachód słońca. Gdy wieczór się zbliża, tedy słonce czerwienieje i zniża się. „Cale zaczerwienione, jak zdrowe oblicze gospodarza, gdy prace skończywszy rolnicze na spoczynek powraca”. Znika z horyzontu powoli, kryje się poza góry i znika. Słońce to życie ludzi, ono daje życie! Dnia 23.VII.1930 r.  Tajemniczy las. Dziś oto byłam w lesie i słuchałam tajemnicy natury. Las to żywiciel ludzi, gdy patrzę w ziemie widzę czerwone jagody, które wyglądają jak drobne kwiaty. Wszystko to takie urocze, wszystko to cieszy mnie. Las szumi cały jakby czar jaki panował w nim. W lesie można się nasłuchać tajemnicy natury, tej potęgi świata!  Dnia 24.VII.1930 r. Wicher. Dzisiaj wiatr wieje w całej swej potędze, nachyla pnie drzew i lamie gałęzie. Przechodniom zasypuje oczy piaskiem. Wiatr to potęga natury!  On potrafi zmieść swa potęga to, nad cezem pracowało wiele rak ludzkich i nic oprzeć się jego potędze nie może....  Dnia 25.VII.1930 r. Praca na roli.  O jakże ciężka jest praca rolnika! Teraz są żniwa. Mężczyźni i kobiety pracują nad temi złotymi kłosami, a te garną się do ich zgrubiałych rak. Pracują – a grube krople potu kąpią po zmęczonej twarzy. Jednak nie zważają na zmęczenie, ale są wytrwali. Cieszą się ta rola, którą spod ich rak daje im chleb.  Dnia 26.VII.1930 r. Zagroda wiejska. Chata pokryta strzecha, stajnia i stodoła stanowią zagrodę wiejska. Tu gdzie jestem jest podobnie, wszystko zasiane prostota, a jednak wszystko jest piękne. Małe okienko od pokoiku, w którym mieszkam odsłania mi liczne wioski osadzone na wzgórzach i dolinach. Cały krajobraz przyrodniczy widzę i napawam się jego urokiem!  Dnia 3.VIII.1930 r. Kościółek wiejski. Dziś oto byłam w kościółku wiejskim, na wzgórzu pośród drzew widać maleńka wieżyczkę z krzyżem. Kościółek ten otoczony jest licznymi wzgórzami, na których jakby żyły poskręcane liczne drogi, prowadzące do odległych wiosek. W środku dużo ludzi, klęczą lub stoją, w skupieniu modlą się. Skromny to kościółek lecz kochany bo tu spracowani modlą się o sile do pracy... Dnia 7.VIII.1930 r. Przy blasku księżyca. Gdy na sklepieniu niebieskim ukaże się księżyc, migotliwe jego blaski oświecają cały świat pogrążony w ciemności. Podróżnym oświeca drogę, którą przy jego blasku jest przyjemna. Gdy noc jest księżycowa, wtedy jest piękna, bo księżyc to jakby tajemnicze jakieś światło połączone z czarami, lecz czarami natury. Czary takie kocham, osłaniają one tajemnice ciszy nocnej! Dnia 9.VIII.1930 r. Dni pochmurne. Kilka dni niebo zaciągnięte jest szaremi chmurami i chwilami pada gesty deszcz. Smutno i tęskno jest teraz, lato się kończy a po nim będą smutne dni jesienne. Chwilami smutno mi i tęskno, łącze się wraz z ta zmienna pogoda i płacze razem z deszczem. Lecz jest to tylko imaginacja, bo musza być i dni pochmurne. I w życiu każdego człowieka są dni słoneczne i dni pochmurne. Są dni, w których człowiek czuje się najszczęśliwszy, w innych zaś posępny i smutny.  Dnia 12.VIII.1930 r. Powrót. Rano dzisiaj wyjechałam już ze wsi, lecz nie autobusem tylko furmanka, przez co podroż była mniej wygodna. I znowu rozpościerają się pola lecz zaorane, wszędzie szaro i pusto „Zegna ptaszę las i gaj bo w daleki leci kraj, gdzie jaśniejsze słonko lśni, gdzie cieplejsze dni”. Już zegnam wieś a witam mury miasta Krakowa.  

Pierwsza Sodma Klasa (Zdizlaw Czerwonka, K.Ruszczynski,Hela Czerwonka...i inni

 Trudno powiedzieć dziś (1999-10-05) kim są ci ludzie na tym zdjęciu



 Pan  Kolasiński poza wykształceniem pedagogicznym posiadał umiejętności gry na instrumentach muzycznych. Będąc głęboko wierzącym katolikiem zorganizował wiejski chór kościelny. Chór ten zaśpiewał m.in. na Mszy Świętej Rezurekcyjnej i okazał się na tyle dobry, ze mógłby konkurować z chórami zawodowymi. Pan Paweł Kolasiński naprawił również własnymi siłami zegar na wieży  kościelnej  w Wytownie. Kolejni proboszcze tej parafii byli mu za to wdzięczni. Jeden  z nich wyjeżdżając z  Wytowna powiedział, ze musiał co niedzielę pisać na niego raporty "Przyszli z bronią i zagrozili - ale nic złego na Pana nie pisałem". Często wieczorami bardzo ujadał pies. Pan Paweł zaczął podejrzewać, ze ktoś obcy musi być ukryty w pobliskich krzakach. Pewnego razu otworzył okno i chociaż nikogo nie było widać blefując powiedział: jeżeli ktoś ma do mnie jakąś sprawę to proszę wejść do domu. I wszedł Pan X mówiąc, że kazano mu podsłuchiwać czy przypadkiem pan kierownik nie słucha Radia Wolna Europa. W tedy również dowiedział się, że za tego rodzaju usługi Ubecja płaciła podsłuchującym ćwiartką wódki. Mimo bardzo trudnych warunków bytowych, niejednokrotnie brakowało środków na żywność dla własnej rodziny Pan Kolasiński społecznie (bez żadnego wynagrodzenia) organizował w czasie wolnym od zajęć obowiązkowych dodatkowe lekcje matematyki dla uczniów kończących szkołę  podstawowa aby umożliwić dzieciom wiejskim równiejszy start, gdy zechcą pójść do szkół średnich. Pan Paweł znał wiele języków obcych i całą swoją wiedzę jaką  posiadał starał się przekazać swoim uczniom. Gdy zauważył jakieś uzdolnione dzieci, a takie zdarzały się w Wytownie, to poświęcał im dodatkowo bardzo dużo czasu, często kosztem własnych dzieci. Córka dróżnika przychodziła na lekcje języka angielskiego, dziecku niemieckiemu udzielał lekcji pisania na maszynie. Było też  kilkoro dzieci z rodzin ukraińskich i dla nich zorganizował klasę języka ukraińskiego. Każdy sukces tych wiejskich dzieci cieszył go ogromnie. Praca zawodowa jak i społeczna Państwa Kolasińskich była oceniana bardzo wysoko przez Inspektora Oświaty, a Pan Paweł otrzymał nawet z tego tytułu odznaczenie. Nic wiec dziwnego, ze Państwo Kolasińscy byli popularni na tym terenie.  Od czasu do czasu zjawiali się jednak w Wytownie jacyś ludzie w mundurach np. w niedzielę podczas sumy i wypytywali dzieci, gdzie jest Pan Kierownik. Mały Tadzio uczeń  pierwszej klasy odpowiedział " W kościele gla na  olganach". Pan Pawel z synami od strony werandy szkolnej
            Pan Paweł Kolasiński z synami przy szkolnej werandzie


Pewnego dnia Pan Paweł zachorował. Lekarze stwierdzili otwartą gruźlicę i dziurę w płucu. Szpital, operacja . Rodzina  (wtedy już pięcioro dzieci) pozostała właściwie bez środków do życia, w dodatku narażona na  przykrości bezwzględnego w swej  mentalności środowiska wiejskiego. Dzieci wiejskie krzyczały "gruźlik"  i wszyscy unikali kontaktów z całą   rodziną Państwa Kolasińskich. Nie chcieli nawet nic sprzedać Pani Aleksandrze. Zdarzały się jednak wyjątki. Robotnik z miejscowego PGR-u, którego pięcioro dzieci uczęszczało  do  szkoły w Wytownie, kradł mleko i przynosił tam, gdzie Pani Aleksandra  mogła znaleźć. Dziś już nie żyje, ale dobry  Bóg poczyta mu te kradzieże za dobry uczynek , gdyż pięcioro dzieci Państwa Kolasińskich  mogło dzięki temu przetrwać tę zimę.  W Wytownie wiele złego mówiło się w tamtych czasach o księdzu Sulińskim, ale to właśnie on przesłał olbrzymią   platformę drzewa opałowego pociętego w kawałki , aby tych pięcioro dzieci nie zamarzło. Oby ta platforma drzewa przeważyła na dobro dla księdza Sulińskiego szale na wadze sprawiedliwości  w czasie Sądu Ostatecznego.  

Pani Aleksandra wraz z dziećmi przed obrazem Matki Boskiej Częstochowskiej we  łzach prosiła : „MATUCHNO BOŻA  MÓDL SIĘ O ZDROWIE OJCA TYCH DZIECI” 


Była wiosna . W ogrodzie   koło altanki  krzewy  już się rozwinęły i zaczęły wypuszczać  żółte kwiaty. Od kilku dni kwitły już  niezapomniane przebiśniegi.  Dzieci wybiegły z domu by powitać  klucz dzikich łabędzi lecących właśnie nad domem. Ptaki  wracające na wiosnę do Polski z ciepłych krajów pokrzykiwały, wydając jednocześnie dźwięk skrzydeł uderzających o powietrze.  Pani Aleksandra, i dzieci przez moment podziwiali te królewskie ptaki.   Nagle pies  Canis, ( którego później otruto - poprzednika Canis też najprawdopodobniej otruto na polecenie ubecji, aby ci co przychodzili podsłuchiwać czy Pan Kierownik słucha Radia Wolna Europa mogli podejść blisko domu )  wybiegł z  ogródka w kierunku kościoła,  a tam dróżką przez mostek szedł człowiek w jasnym płaszczu i kapeluszu. To  Pan Paweł wracał już  na dobre ze szpitala, do rodziny do  i do szkoły. 

 W  dniu  imienin  Pana Pawła o północy cała rodzina Państwa Kolasińskich została nagle obudzona. To dzieci szkolne przyszły z życzeniami i przyniosły tyle kwiatów, że w całym domu zabrakło wazonów.                              


Po powrocie Pan Paweł Kolasiński musiał rozpocząć prace od "ustawienia" kilku nauczycieli, którzy w czasie jego nieobecności pozwolili sobie na podejmowanie niezbyt lojalnych decyzji. Na przykład: nauczyciel Jan, który zastępował Pana Pawła, był przekonany, ze Pan Kolasinski już nie wróci, więc zabronił dzieciom Pana Pawła korzystać z terenu szkolnego.                


Trudno sobie wyobrazić warunki w jakich żyli Państwo Kolasińscy i ich dzieci. Często zdarzały się wyłączenia dostawy energii elektrycznej. Najbliższy telefon był w odległości dziewięciu kilometrów. W pewną  zimowa, bezśnieżną noc  słychać było kroki na zamarzniętej ziemi. W świetle pełnego księżyca widać było trzy postacie próbujące włamać się do domu Państwa Kolasińskich. Pan Paweł z młotkiem w ręku chodził  od okna do okna  i sprawdzał czy nie wybili szyby i nie wchodzą.  Trwało to kilka godzin, wreszcie w mroźnym powietrzu słychać było ich oddalające się głosy i  śpiew przerobionego na pijacki sposób szlagieru "na lewo most, na prawo most”. Właśnie przechodzili przez mostek koło kościoła. 


Pewnego dnia ktoś przybiegł do pana Pawła, „Panie kierowniku biją  dzieci  niemieckie” Pan Paweł wskoczył na rower,  bez żadnej broni bez niczego rozpędził tłum chłopstwa. Powiedział: " Wojna się już skończyła. To  są dzieci, które maja takie same prawa w „demokratycznym” państwie. Chcecie robić to samo co robiło GESTAPO?." ...  I zawstydzeni chłopi  rozeszli się.


Wieczorem , po Mszy  Świętej, w wigilię nowego roku  (przypuszczalnie 1956)   pan Paweł z żona i dziećmi krzątali się w wokół budynku szkolnego.  Było już ciemno, gdy nagle rozbłysło  niebieskie światło. Było tak silne, że  aż się odbijało w śniegu dookoła zaśnieżonych klombów szkolnych. Po chwili niesamowita eksplozja wstrząsnęła całą okolicą.  Kilka godzin później przyszli  chłopi. „Panie kierowniku niech pan wyjdzie. Na  niebie dzieje się coś dziwnego”.  W oddali przez kilka godzin na czarnym niebie  widać było słup jonizującego światła.  Czy był to meteoryt,  czy jakaś rakieta  nie wiadomo. Nigdzie nikt o tym nie wspominał , ani w prasie ani w środkach masowego przekazu. 


Wielki Piątek  był śnieżny.  Tradycyjnie członkowie Ochotniczej Straży Pożarnej w Wytownie  trzymali wartę honorową przy grobie Chrystusa.  Jak zwykle  komendant Straży, zwracał się z prośba do kierownika szkoły o udostępnienie jednej z klas szkolnych,  by Straż mogła się tam zebrać. Trzeba przyznać, ze obowiązki wykonywali z oddaniem i przekonaniem.  Pan Paweł wraz z rodziną  wracał z nocnej adoracji około godziny 23:00.  Niebo od strony północnej było czerwone aż  do połowy.  Gdyby nie zimno i śnieg , to można by  zjawisko  to obserwować całą noc.  Była to bowiem zorza polarna, którą bardzo rzadko można  zobaczyć  na tej szerokości geograficznej.


Pan Kolasiński, w tym czasie został radnym dla powiatu słupskskiego (była to dodatkowa praca społeczna bez żadnego wynagrodzenia). Dużo osiągnął. Oświetlenie uliczne wsi,   elektryfikacja przysiółków,  linie autobusowe.  I nadal był bezpartyjnym kierownikiem szkoły, który w wolnym czasie organizował chór kościelny i brał  aktywny  udział w obchodach  wszelkich  katolickich święt. Przez wiele lat grał na organach w czasie mszy niedzielnej.
Nie zdołał jednak odbudować  kolei zdewastowanej przez Sowietów. 


Rodzina Kolasinskich 10-ty czerwcza1956 rok, Przed Domem
Pierwsza Komunia Syna Janusza
     Goście od lewej nauczyciel Kazimierz Dziurski, od tylu Aleksandra   Kolasińska,  dr Minkowska, prof. Kordowska, (osoba znana jako  „Estonka” (Virvet), Pan Paweł Kolasiński,  w środkowym rzędzie: Halina  Cichońska (później Dziurska),  Janusz Kolasiński, Jerzy Kolasiński,  Aleksandra Kolasińska, Maryla Kolasińska, Teresa Kolasińska


Dużą   pomocą w pracy szkolnej  było zatrudnienie nauczycielki, Haliny Cichońskiej,
a później Kazimierza Dziurskiego.  
Nastały lata 60-te i po tych wszystkich odwilżach „gomu
łkowskich” na nowo zaczęto „przykręcać śrubę ”.  Znów Okólnikiem Ministerstwa Oświaty usunięto ze szkoły religię.  Wtedy to po raz pierwszy  zdjęto wszystkie krzyże znajdujące się w klasach i pomieszczeniach biurowych.  


Do Wytowna zawitał nowy proboszcz ks. Edmund Radtke 

-na ambonie -   -- on tylko wykonywal rozkazy swoich przelozonych.  ( Ze zródel nie potwierdzonych wiadomo, ze byl on ubekiem w randze kapitana)

     -- on tylko wykonywał rozkazy swoich przełożonych.  ( Ze źródeł nie potwierdzonych wiadomo, że był on ubekiem w randze kapitana)


 

Przez wiele lat  kacykowie  słupskiego Komitetu PZPR, zastanawiali się, co zrobić by usunąć Pana Pawła z pracy w szkole. Mieli już przeciw niemu wiele argumentów.  Przecież był powstańcem warszawskim,  chodził jawnie do kościoła i  grał na organach w czasie sumy  w niedziele.  Był również  organizatorem chóru kościelnego. Ponieważ był osobą  znana i szanowaną , zwolnienie go z pracy mogłoby spowodować zamieszki nie tylko w Wytownie, ale i w okolicznych wioskach. 

Mieli już agenta na plebani.  Dołączyła do niego agentka aż z Łodzi,  niejaka pani Rzepecka.  Awansowano więc lojalnego pracownika Kazimierza  Dziurskiego  do jakiejś pracy  w Warszawie, a w tym czasie  pan Paweł zmuszony był zatrudnić  nową nauczycielkę niejaka Hildegarde Waliszewską - protegowaną  słupskiego kacyka -  pierwszego sekretarza ZSL.

Wytowieńskie Pogotowie Szkolne.
Naprzeciw  Szkoły znajdował się  sklep spożywczy, w którym sprzedawano przez lata  wódkę, piwo i tanie wino.  Sklep stanowił subkulturę wytowieńską. Często od   godziny otwarcia sklepu do jedenastej przed południem  dzieci szkolne mogły obserwować dobrze pijanych mieszkańców Wytowna.  Niejeden z nich  zamarzł by  na śniegu gdyby nie  wózeczek szkolny,  na  który kładziono delikwenta i zawożono go do  domu.


Kacyk-Alfons
Towarzysz  pierwszy sekretarz ZSL, „ kulawym "  nazywany - od  kiedy mia
ł wypadek  samochodowy.  Była to ważna figura w słupskiej  " drabinie lojalności   dla Moskwy". A  zdobywał sobie popularność na wsi,  wyszukując sobie   najładniejsze dziewczyny wiejskie. Załatwiał im szkołę, liceum pedagogiczne, lub tez szkołę  handlową . Chłopi - rodzice tych dziewczyn nosili by go  z  wdzięczności na  rękach. Absolutnie nie mieli  pojęcia, jak ich córki  będą   płaciły za te przysługi. Niektórym załatwiał pracę , za którą musiały mu się odpłacać  pracując na " pół etatu " w najstarszym zawodzie. On natomiast brał za to pieniądze. 

Właśnie takimi dziewczynami były Hildegarda oraz jej  siostra Marysia. Kiedyś synowie pana Pawła wracali do domu pieszo po późnych zajęciach w liceum w Ustce.  Zabrali ich do Wytowna  jadący  ciężarówką  żołnierze. Dosyć młody  podporucznik  serdecznie z nimi rozmawiając,  zapytał czy znają „Marysię”, u której " zamawia się kolejki”. Naiwni młodzi chłopcy nie mieli pojęcia o czym ten oficer   mówił.  Kadra oficerska  z pobliskiej jednostki, zamawiała sobie kolejki, u   Hildegardy  i jej siostry Marysi.


Kacyk - Alfons - PZPR, ZSL, i UBECJA słupska  poczynili już odpowiednie przygotowania.  Agenci byli na wyznaczonych pozycjach i czekali na rozpoczęcie zadania bojowego. Hildegarda  była już przygotowana na objecie kierownictwa  szkoły, no i zabrania domu państwu Kolasińskim. Było to  w tym  czasie , gdy pan Paweł  budował  studnie głębinową  w swoim domu.  Przyszedł wówczas jakiś      cywil i nakazał  tę budowę wstrzymać.
Sprytnie i inteligentnie zespól ten wymyślił,  żeby obrócić miejscowe chłopstwo przeciwko panu Pawłowi. Postanowili,
że odbiorą księdzu plebanię ( w której i tak już mieszkał ich agent Radtke) i zamienią  ją na szkołę, zaś ówczesny budynek szkoły częściowo dadzą księdzu. 

Codziennie rano do mleczarni miejscowi chłopi zwozili mleko.  Mleczarnia była  w jednym z  budynków gospodarczych plebani.  Agentka Rzepecka, która  w tym przedstawieniu grała rolę gospodyni księdza indoktrynowała chłopstwo i to właśnie  ona dotarła do tych najbardziej oddanych, Kościołowi i wierze katolickiej.
Zaczęły się szykany.  Sąsiad, którego z  jakichś powodów nazywano "Goryl", potrafił siedzieć ca
łą  
noc  w krzakach i straszyć psy, by rodzina Kolasińskich nie mogła zmrużyć oka.  Nie szczędzono panu Pawłowi obelg nawet w miejscach publicznych.   Synów pana Pawła, którzy pieszo wracali ze szkoły w Ustce, późnym wieczorem ( dziewięć kilometrów) milicja władowała do gazika, i pod pretekstem  nie posiadania dowodów osobistych wsadzono do aresztu.


Zdesperowana Pani Aleksandra  skontaktowała się z księdzem (agentem) Radtke.  Prosiła  aby przemówił do ludzi. Przecież on doskonale wie, że to nie była decyzja  lub nawet sugestia  pana Pawła. Decyzja taka  podjęta została przez  władze powiatowe. " Na to Radtke odpowiedział, ze  on nic takiego nie może zrobić". Niech mąż napisze oświadczenie, to je odczytam w niedziele z ambony.   Oświadczenie było odczytane, a brzmiało ono ogólnikowo:
„ Do mieszkańców wsi Wytowno. Decyzja o zamianie  budynku szkoły na budynek plebani nie była  decyzj
ą  ani sugestią  moją ".   [...].  Jakie tam słowa jeszcze były  trudno po tylu latach pamiętać. Agent Radtke, dostarczył ten papier jeszcze tego samego dnia, do Komitetu Partii w Słupsku. 


  Chłopcy (synowie), uczniowie liceum  odrabiali właśnie lekcje w jadalni.   Pan   Paweł parzył   na drzewko (dąbek), który się zasiał w żywopłocie i akurat wyrósł, gdy urodził się jego najstarszy syn. Chłopcy    pozakładali na nim domki dla ptaków. Na wiosnę kilka z nich tam się   gnieździło.  Rozmyślania przerwał mu  odgłos silnika samochodowego. Pod tym   właśnie dębem zaparkowało niebieskie auto i  wysiadło z niego czterech ludzi.  Jednym z nich był - kulawy Kacyk-Alfons, a  inni  (podejrzewam) pierwszy   sekretarz  KP PZPR i  inspektor  oświaty.  Czwartym  musiał być ubek.  Wyrzucili   chłopców z jadalni i  zatrzasnęli drzwi. Przez zamknięte drzwi słychać było  krzyk  Władysława Stępnia ( tego wielkiego  „przyjaciela chłopów"), " HOŁOCIE WIEJSKIEJ  SIĘ PAN MUSI TŁUMACZYĆ!"
Chodziło o list odczytany z ambony.  Krzyki i groźby trwały  około godziny.  Pan Paweł Kolasinski został pozbawiony wszelkich tytułów, społecznych i   zawodowych oraz  zwolniony z pracy.  Następnego dnia  szkoł
ę  miał przekazać   towarzyszowi, Żabińskiemu,  partyjnemu nauczycielowi z Ustki.  Nakazali mu   tez zdjąć we własnym domu wszelkie insygnia wiary katolickiej. Zagrozili  czymś  jeszcze i kazali coś podpisywać. "bo jak nie to my znamy inne metody" - krzyczał Stępień. 


Mijały dni.  Państwo Kolasińscy próbowali  uzyskać jakąś  pomoc od kogokolwiek. Przyjaciele się odwrócili, a  kościół nie zajął  żadnego stanowiska. Szykanowanie rodziny  było eskalowane i podsycane przez agentkę panią Rzepecką , gospodynie księdza. Pan Paweł pojechał do Warszawy  szukać  pomocy w Prokuraturze Generalnej i  w Związku Nauczycielstwa  Polskiego. Wszędzie odprawiono go z kwitkiem.  Jeszcze w podroży towarzyszył mu  „ anioł stróż”,  ubek ze Słupska.
Zaskakujące było jak oni docierali do wielu informacji, zanim co
ś było postanowione.   W kuchni państwa Kolasińskich był  głośnik. Radio było transmitowane z Ustki.  Czasami dziwnie się  wyłączało właśnie w czasie obiadu.  Zastanowiło to syna pana Pawła. Zrobił zatem doświadczenie. W swoim pokoju na górze podłączył kabelki do radia tam gdzie zwykle gramofon się podłącza. No  i zaskoczenie. W radiu  było wyraźnie słychać  podśpiewującą dziewczynę  i stukanie mytych talerzy. To  jedna z córek pana Pawła śpiewała sobie  zmywając  naczynia w kuchni.   Zostało to zademonstrowane panu Pawłowi. 

Od tamtej pory rozmowy, modlitwy w domu pana Pawła odbywały się szeptem. Głośno się mówiło to, co podsłuchiwacze winni wiedzieć.   Mimo, że  zabroniono wszelkich praktyk  wiary katolickiej, cała rodzina zbierała się wieczorem na modlitwę w gabinecie pana Pawła.  Tam stał ołtarzyk z krzyżem i szeptem odmawiano różaniec. W tym okresie nie wolno było Panu Pawłowi chodzić do kościoła.  Słuchał mszy polskiej przez radio z Paryża, gdzie kazania  wygłaszał ks. Skurczynski, kolega Pana Pawła ze  studiów na Uniwersytecie Jagiellońskim.



Nie było wówczas człowieka, który nie bał  by się pana Władzia, zwanego  "kulawym".  Dawni "przyjaciele" nie zauważali Pana Kolasińskiego  na ulicy. Czasem tylko komentowali "Ten kulawy to jest zły na pana".  Dawny uczeń  Zdzisio  ( teraz pierwszy sekretarz Podstawowej Organizacji Partyjnej w PGR)  przypomniał Panu Pawłowi, ze to pianino, które stało  u państwa Kolasińskich  od roku 1947,  (stare, zepsute -  zabrane z jakiegoś rozwalonego w czasie działań wojennych domu,  które uczniowie  ofiarowali Panu Pawłowi)  teraz musi być oddane szkole. Serce mu pękało,  bo grał na nim od lat, naprawiał,  zapłacił za strojenie. Zabrano mu t
ę ostatnią rzecz, którą  tak pielęgnował przez cale lata.


SĄD  CHŁOPSKI—
Gdzieś pod koniec roku szkolnego wezwano  pana Kolasińskiego  do Komitetu
Partii w Słupsku gdzie mu oznajmiono,
że będzie  poddany sądowi  chłopskiemu wsi Wytowno.  Oni zadecydują:
  

 Władysław Stępień,  uruchomił wszystkie swoje możliwości. Praktycznie co wieczór był w Wytownie,  to  u Lisa, to u Ciszkowskiego, to u Falby, i innych.  Na  uczenie i ustawianie wytowieńskiego chłopstwa poświęcił wiele czasu.  Każdy z nich sądząc, ze występuje w  obronie  księdza pilnie się przygotowywał do powierzonej mu funkcji.  Jeden z nich miał  przygotowana mowę. Powiedzieć miał,  ze nie chcą nauczyciela, który, studiował na Wydziale  Filozoficzno - Teologicznym (bo to przecież nie zgadzało się z ideologia PRL-u).  Drugi miał powiedzieć,  że nie może być kierownikiem szkoły człowiek , który był oficerem w Powstaniu Warszawskim.  A  trzeci miał wyuczony argument, dlaczego Pan Paweł nie może mieszkać w Wytownie. I tak całe przedstawienie sądowe było wyreżyserowane przez „przyjaciela chłopów”  Władysława Stępnia - "Wielgachnego Słupskiego Kacyka".


Panie Poruczniku!,  to Ciebie jak Juranda ze Spychowa  ponizono do najnizszych granic, przed Chlopski  Sad  Cie  wiedzie potomek Judasza, i  Sluga Moskiewski, --synowie Twoi juz na Twoje ponizenie  dluzej  patrzyc nie moga.  Czym zes, Ty zawinil Czlowieku Prawy?


Trudno byłoby  ominąć taki drobny epizod, który  może  scharakteryzować  wytowieńskiego chłopa.
Pewnego   niedzielnego popołudnia w ogrodzie zwanym okólnikiem, od frontu domu   Państwa Kolasińskich zebrała się pokaźna grupa  mężczyzn, starych,  młodych i chłopców.  Wszyscy oni  natarczywie rzucali kamieniami  w    kierunku wysokiego drzewa.  Kanonada odbywała się pod wodz
ą  starego Ciszkowskiego, który w alkoholowym delirium widział potwora zwanego  "zmora". 
Co to takiego zmora? W wiejskich przes
ądach  jest to potwór urojony, który przychodzi nocą i wysysa z nich krew.
 Na nic zdały się tłumaczenia,
że  to tylko mała, śliczna wiewiórka. Żądny krwi tłumek   wytowieński   naprawdę  widział zmorę.  


 


 

DO MOJEJ ŻONY

SZCZĘŚCIE LUDZKIE NIETRWALE 
 JAK Z NICI PAJĘCZEJ  

 NA BURZ  ŻYCIOWYCH WICHRY  

WYSTAWIONE  BYWA,  

  W KROPLACH MIENI SIĘ ROSY  

 I W SŁOŃCU SIĘ WDZIĘCZY  

 AŻ JE GROM NAGŁYM CIOSEM  

 W STRZĘPY POROZRYWA.  

 I MOJE SZCZĘŚCIE PIORUN ZBURZYŁ  

I POKRUSZYŁ,  

  JAK Z SZYN WYKOLEJONA GDZIEŚ LOKOMOTYWA  

 STOJĘ SAMOTNY- ŻYCIE  OBOK MNIE PRZEPŁYWA  

TYŚ MI ZOSTAŁA TYLKO SZCZĘŚCIE MOJEJ DUSZY.  

Paweł Kolasiński


 


Paweł Kolasiński Oficer Wojska Polskiego, Powstaniec Warszawy, oddany pedagog i humanista. Kiedyś po ukończeniu gimnazjum, rodzice wysłali go do Seminarium Duchownego w Krakowie, lecz on  pojechał do Przemyśla i tam skończył Szkołę Podchorążych. Dopiero kilka lat przed wybuchem wojny studiował na Uniwersytecie Jagiellońskim teologię z filozofia. Był gorącym patriotą i zagorzałym katolikiem.


Dzień sądu chłopskiego został wyznaczony. Jego miejscem  była klasa szkolna. Oskarżyciele uczyli się na pamięć swoich ról. Pan Paweł  wraz z całą  rodziną  uklękli do modlitwy przed   maleńkim ołtarzem w jego gabinecie.  
 

W gabinecie Pana Pawla prywatny Oltarzyk


 

Modlili się szeptem przy zgaszonym świetle. Mdlili się do Ducha Świętego i  gdy odmawiali cząstkę różańca ktoś zapukał do głównych drzwi wejściowych.  To przyjechał  z Warszawy Kazimierz, nauczyciel, który z Panem Pawłem pracował przez wiele lat i środowisko wytowieńskie znał  lepiej niż ktokolwiek.  Sam brał udział niejednokrotnie w "pogotowiu wózkowym" , o którym już było wspomniane poprzednio. "Przyjechałem, żeby pana obronić"- powiedział. Miał na to oficjalny dokument z Warszawy. 

Dzieki Ci panie Kazimierzu, dzieki za to, ze  znalazles troche serca i odwagi by wyciagnac reke do ginacego czlowieka i jego rodziny  


Po latach daty i dni tygodnia zatarły się.  Wieczorem sala szkolna  była pełna.  Kobiety jednak nie przyszły. Pan Paweł Kolasiński, usiadł spokojnie na „lawie oskarżonych”. 

A za cóż cię sądzą? --za dobro jakie czyniłeś

Rozsiedli się oskarżyciele, i władza. Ciskać zaczęli wyuczonymi zarzutami, których  pan Lis nie potrafił się w ostatniej chwili oduczyć (za późno został zawiadomiony przez Stępnia o przyjeździe Kazimierza) . Pan  Ciszkowski swoim cieniutkim głosem dołożył swoje. Było wiele innych głosów wyuczonych przez człowieka z judaszowego plemienia (Stępnia). Pan Kazimierz, spokojnie zapytał pana Ciszkowskiego czy pamięta ile razy będący tu kierownik szkoły uratował mu życie od zamarznięcia , gdy pijany leżał zimą   na śniegu ( i to wiele razy). Zapytał go, czy  pamięta ile razy był aresztowany za bójki po pijanemu. Podobne pytania zadawał innym chłopom.  „Czy pan, panie K . pamięta kto uratował życie waszej córce gdy była piorunem porażona?”  Wiele innych podobnych pytań zadawał pan Kazimierz wytowieńskim chłopom.  Wytłumaczył im, ze  wszelkie decyzje o tej zamianie plebani, nie były przez nikogo nawet konsultowane z  panem Kolasińskim .  Sąd ten trwał  godzinami. 

Stępień nie był przygotowany na przyjazd Kazimierza i wiedział już  od momentu rozpoczęcia tego Sądu Chłopskiego, że sprawa zostanie przez niego przegrana. 

Zamknięto ten haniebny sąd późną nocą. Przywrócono Panu Pawłowi pracę  i wszystkie idące z tym tytuły, aczkolwiek  żadnych funkcji społecznych pan Paweł  już nie przyjął . Stępień był wściekły z takiego obrotu sprawy. Przecież już dobrze zainwestował w biznes najstarszego zawodu na  tym terenie.

 Nazajutrz pan Paweł, przejął protokolarnie Szkołę  Podstawowa w Wytownie od towarzysza Żabińskiego, któremu tymczasowo partia dała  to  zastępstwo. Żabiński był wyjątkową  szują i partyjną świnią, co się okazało później, gdy awansowali go na jakieś tam stanowisko w Inspektoracie Oświaty.  Odchodząc ze szkoły w Wytownie odgrażał się głośno Panu Pawłowi, ze on się postara załatwić jego synów w Ustce w Liceum. No i będąc dobrym przyjacielem pani profesor od języka  rosyjskiego, w 10-tej klasie załatwił poprawkę jednemu z synów pana Pawła.


ZEMSTA  STĘPNIA

Złości swojej towarzysz Kacyk nie umiał dać upustu. Szalał przez kilka tygodni, no i postanowił ukarać Wytowno, zarówno wszystkich swoich „przyjaciół” jak  i tych co na  „Sąd Chłopski” nie przyszli.  Wpadł na genialny pomysł urządzenia  Wysypiska Śmieci w Wytownie.  W ciągu dnia przywożono śmieci, ze Słupska, z Ustki a  nocą je palono.  Mieszkańcy Wytowna oddychali przez lata powietrzem, z miejskiego śmietniskaNiektórym chłopom to się nawet podobało. Innym pola zasypano.  Przecież dla niego i tak zawsze byliście panowie „hołotą wiejską”...


 

Do Stwórcy Wszechrzeczy
Paweł  F. Kolasinski 

Gdy  wyjdę czasem o wieczornej  porze  

I widzę fale złotych zbóż na lanie  

To tak się dziwie iż być jeszcze może  

Ktoś kto nie wierzy, ze Ty jesteś Panie.  

Ten jasny błękit, który się rumieni,  

Gdy nań wpłyną purpurowe zorze,  

Te gwiazd miliony w wszechświata przestrzeni,  

Któż to mógł stworzyć, jeśli nie Ty Boże?  

Bo kto potrafił choćby trawkę małą  

Stworzyć, by rosła na wzór dziel Twych   skrycie?  

Nikt! Wszystko Panie Twoja tylko chwała,  

Tyś Pan  natury  Ty dałeś jej życie.  

O bądź pochwalon Stwórco Wielki Boże  

Kwileniem ptasząt gdy wiją gniazda,  

Poszumem sosen, co się chwieją w borze  

I mleczna droga pnącą się po gwiazdach.

  O bądź pochwalon przez słońce na niebie,  

W morzu co w bezkres u Twych stóp  się ściele.  

Niechaj grzmot burzy chwali Pana Ciebie  

I ja Cię chwale czcząc Cię w każdym dziele. 


  Panie Pawle uwazaj!  tam jeszcze tyle  nienawisci—Zyd z Niemka, knuja,    Panie Pawle na litosc Boska nie pij tej herbaty przygotowanej   na biurku w twojej kancelarii   szkolnej przez twoja zone...    Gotycka wiedzma tam juz byla,  trucizne  psychotropowa ci do niej wsypala


Towarzysz Żabiński,  nie dawał panu Pawłowi spokoju, i  przyjeżdżał co drugi dzień na „ inspekcje” No co spotkaliśmy się,  teraz to ja panu pokaże jak się rządzi”.
W  prymitywny sposób  wypróbowany już przez system stalinowski wyniszczał pana Kolasińskiego. Pewnego dnia  po wpiciu herbaty, która zawsze była przygotowana przez Panią Aleksandrę i czekała na niego w kancelarii,  aż skończy  uczyć, poczuł się  źle. Widział, białe „mroczki” jak to określił.  Lekarze przez lata  nie mogli określić diagnozy  a może się bali by prawdziwa diagnoza nie zaszkodziła ich karierze. Leczony był metodami doświadczalnymi i niezbyt etycznymi. 

Przez wiele lat leżał, często nieprzytomny.  Leki, które mu podawano powodowały tylko  dodatkowe zaburzenia.  Przez lata  pani Aleksandra,  opiekowała się ciężko chorym wyniszczonym człowiekiem.     


W dniu  swoich imienin  w roku 1984  zakończył swoje doczesne życie.  Gdyby żył,  jeszcze kilka lat doczekał by się Wolnej Niezależnej  Demokratycznej Polski,  o której  marzył i o którą walczył.

Gdy go odwiedziłem, powiedział:  „chłopom nieszczęsnym przebaczyłem.  Oni nie wiedzieli co czynią.”  



 
Tu lezy czlowiek, ktory poswiecil zwe zycie dla dziecka wiejskiego, ktorego zameczono na smierc, Panie Daj Pokoj Jego Duszy

Na wiejskim cmentarzu w Wytownie koło Ustki jest mogiła. Raz w roku odwiedzam grób człowieka, który był moim pierwszym pedagogiem.  O to zapalił, we mnie płomień wiedzy.   


Jako absolwent Szkoły Podstawowej w Wytownieprowadzonej, przez Państwo Pawła i Aleksandrę Kolasińskich,  na podstawie przytoczonych informacji na tej stronie, proponuję   następuje zadość uczynienie:


1.     CAŁKOWITEJ  POŚMIERTNEJ   REHABILITACJI,  PRZYWRÓCENIA DOBREGO IMIENIA PANU  Pawłowi  Kolasińskiemu  [NA PRZYKŁAD :  NAZWANIE JEGO IMIENIEM SZKOŁY  W WYTOWNIE]  Przez Władze Ministerstwa Oświaty.

2.    UKARANIA WINNYCH (Stępień, Waliszewska, Żabiński, Rzepecka, ) Przeprowadzenia śledztwa przez Prokuraturę Generalna Rzeczpospolitej Polskiej.

3.    WŁAŚCIWEGO USTOSUNKOWANIA SIĘ DO TEJ SPAWY ARCHIDIECEZJI   (Kościoła Rzymskokatolickiego) . Rehabilitacji ...
  
 

mgr Tadeusz Widny


 Latem ubiegłego (1998) roku odwiedziłem  obecnego Proboszcza  parafii Wytowno, powiedział mi  w tajemnicy, że miejscowi  skarżą się, że tak w szkole jak i na plebani dzieją się dziwne rzeczy, trudne do  wytłumaczenia, ludzką logiką... 

TAD.


 

Powstaniec Warszawy 1944
Paweł Kolasiński-- pseudonim Paweł Rom
Batalion Baszta Warszawa Mokotów

Bezimiennym!
Paweł F. Kolasinski
Sierpniowy, jasny dzień 
blaskiem się, słońca złocił,
Gdy pierwszy huknął strzał
I seria z kulomiotu 
przesiekła  ulic rząd,
Jakiś spłoszony koń z uprzężą pędził 
co si
ł, a Tyś z benzyną stał...
Poderwał się Mokotów,
I nawet nie wiesz skąd 
ze wszystkich miasta stron 
powstańczy biegnie huf.
Pamiętasz Starca 
co miast w ciemny włazić schron, 
dawna wyciągnął broń 
by z wrogiem walczyć znów

Tak się rozpoczął bój...
Z początku struchlał wróg 
w swych umocnieniach trwał
I  siekł seriami w koło.
Nam było broni brak,
tylko wojenny szał  
tak nas popędzić mógł...
Wróg hardo stawiał czoło..

 dr. Tadeusz Widny,  RFN--  Düsseldorf

Prosiłem o jakieś pamiątki  syna P. Kolasińskiego, który mieszka w USA, oto one:

1